środa, 19 kwietnia 2017

Od dziś pijemy wino bezkarnie, w ciąży i za kierownicą. Czary-mary, wszystko jest możliwe!

Nie ma to jak światło świec i kieliszek dobrego wina. Cera zaróżowiona, oczy pełne blasku... Co jednak gdy pić nam nie wolno? Po ostatnim poście na FB wiele z Was pytało mnie, co to za butelka? Pomyślałam, że nie będę świnia i podzielę się z Wami dobrą nowiną. Oto BARREL AND DRUMS we własnej osobie!


Gdy byłam w ciąży strasznie brakowało mi...smaku wina! Tak, chociaż praktycznie nie piję alkoholu to w ciąży miałam permanentny smak na czerwone wino. No a wiadomo - nie wolno. Aż 6 lat zajęło mi zorientowanie się, że poza szampanem dla dzieci o smaku gazowanych landrynek i bezalkoholowego piwa istnieje coś jeszcze. Tak! Można kupić bezalkoholowe wino, rum, whisky a nawet vermouth! Wiem, wiem - brzmi absurdalnie. Dlatego musiałam to szybko sprawdzić. Jako, że nie gustuję w innych smakach niż winko, to od niego właśnie zaczęłam moją antypijacką przygodę. Źródłem wszelkiego dobra okazał się sklep MeGusta


Miła obsługa, szybka przesyłka i całkiem rozsądne ceny. Pierwszy szok - butelka. Białe wino z gron Chardonnay przyjechało do mnie w butelce z tak piękną etykietą, że aż szkoda było otwierać. Nie jestem jakimś super znawcą win ale gdybym zobaczyła je na półce z pewnością uznałabym, że kosztuje więcej niż ok 30 zł za butelkę. Chodziłam wokoło i się zachwycałam.

Zdjęcie użytkownika Cosmetic kick.

Mały minus za braku korka - alkoholowe czy nie, fajnie by było przejść przez całą procedurę otwierania jak przy klasycznym winie. Poza tym po tak gustownej etykiecie odkręcenie zakrętki odebrało butelce sporo elegancji. Kolejne, już miłe zaskoczenie - zapach. Prawdziwe wino! W życiu bym nie zgadła, że nie ma w nim alkoholu. Ładny, subtelny aromat. Tak jak obiecuje producent czuć w nim owocową nutę i świeżość. Moje kubki smakowe oszalały!


Bardzo ważne jest to jak wino powstaje. Nie jest to kompot czy lemoniada owocowa jak wróżyli moi domownicy. I tutaj posłużę się cytatem, żeby nic nie pokiełbasić, bo chemik ze mnie mierny z plusem.:

"... Winifikacja przebiega klasycznie. Winogrona są zbierane, wyciskane i fermentowane, a następnie wino dojrzewa w kadziach stalowych. Alkohol powstały podczas fermentacji jest usuwany w procesie destylacji próżniowej. Metoda ta pozwala rozdzielać substancje podatne na rozkład termiczny. Podgrzanie wina do temperatury wrzenia alkoholu tj. ok 78 ˚C, skutkowało by pozbawieniem go właściwości zapachowych i smakowych. Destylacja próżniowa, dzięki zmniejszeniu ciśnienia zewnętrznego cieczy pozwala na rozkład substancji w dużo niższych temperaturach, co pozwala oddzielić cząstki etanolu bez szkody dla trunku..." 


Wino jest wytrawne, świeże o wyraźnym posmaku owoców tropikalnych i cytrusów. Producent obiecuje długi i orzeźwiający finisz. Naprawdę? Powiem szczerze, że pierwszy łyk nie zrobił na mnie wrażenia. Nie powstrzymało mnie to jednak przed wypiciem połowy butelki podczas jednego "posiedzenia". Teraz mogę uczciwie powiedzieć - to naprawdę fajny trunek! Bardzo zyskuje po kilku chwilach i właśnie ten "finisz" sprawia, że mamy ochotę na więcej.  Mimo, że określone jest jako wino wytrawne - nie ma w sobie tej typowej cierpkości. Jest bardzo, bardzo lekkie i tylko gdzieś tam na końcu języka czuć te cytrusowe nuty.


Myślę, że cudownie będzie pić je schłodzone w letnie upały. Jest idealne do drobiu, owoców morza i ryb. I jest przyjemnością bez konsekwencji - nie ma w nim nawet śladowych ilości alkoholu! Bez obaw mogą się nim raczyć kierowcy, kobiety w ciąży i matki karmiące. Tylko błagam mówcie współbiesiadnikom o co chodzi, żeby nie patrzyli na was jak na patologię ;). Ja w czasie Wielkanocy zaliczyłam kilka świdrujących spojrzeń mojej mamy. No bo kto to widział, żeby dziewczę z dobrego domu z samego rana duszkiem wywaliło prawie całą butelkę wina?



Wiem, że  wiele osób będzie kręciło nosem na taki wynalazek. Trudno. Jednak gdybym te prawie 7 lat temu wiedziała, że coś takiego istnieje niejedna impreza byłaby dla mnie znacznie przyjemniejsza. Poza tym, fajnie jest napić się wina, np. kiedy jesteśmy same w domu z dzieckiem. Nie martwić się że trafimy na żółty pasek TVN jako kolejna nietrzeźwa matka. Takie małe oszustwo, wiadomo,  ale za to jakie przyjemne ;). Jeśli wierzyć psychologom, dzięki efektowi placebo może nawet świat wokoło stanie się nieco bardziej kolorowy?  Jeśli choć trochę zaciekawił Was świat bezalkoholowych alkoholi to zapraszam na stronę MeGusta, założę się że choćby z ciekawości dacie się skusić...




A wy? Macie jakieś doświadczenia z tego typu trunkami?

czwartek, 13 kwietnia 2017

Garnier Fructis lekka Mgiełka Olejkowa - olejowe wyzwolenie, czy lekkie rozczarowanie?

Jak już mion razy mówiłam mam włosy cienkie, suche (od rozjaśniania) i mizerne. Olejki mogę stosować najwyżej na noc bo wyglądam potem jak mokra włoszka po przejściach, polizana na pocieszenie przez krowę ;). Gdy w Rossmannie rzuciła mi się w oczy buteleczka z wyjątkowo lekką mgiełką olejkową od Garnier Fructis, aż mi się oczy zaświeciły. Produkt specjalnie dla mnie! Wyliniałej emerytki ;)


Opakowanie naprawdę urocze - nie wiem dlaczego, ale ten kolor zawsze kojarzy mi się z witaminą C. Tutaj jej nie znajdziemy. Znajdziemy za to aż 3 odżywcze olejki - z mango, moreli i migdała. Samo dobro! A na dokładkę wszystko to w super lekkiej SUCHEJ formule olejku, który nanosimy na włosy w formie leciutkiej, nieobciążającej mgiełki. 
                                                


Już chcecie ją mieć? Nie tak szybko. Sprawdźmy najpierw obietnice producenta i czy nie mija się z prawdą.

Garnier Fructis Oil Repair 3, Mgiełka Olejkowa. Przywróć włosom olśniewającą miękkość i blask! Dogłębna pielęgnacja i intensywne odżywienie suchych, zniszczonych i łamliwych włosów. Mikroskopijne cząsteczki mgiełki z 3 olejków owocowych - mango, moreli i migdałów - sprawią, że włosy staną się miękkie, lśniące, sprężyste i właściwie odżywione. Lekka i sucha formuła mgiełki olejkowej pozwala pielęgnować je na całej długości bez uczucia obciążenia.


A jak jest w praktyce? Po pierwsze cena. Nie jest niska, bo za 150 ml musimy zapłacić od 26 do nawet 34 zł w zależności od miejsca. Za taką cenę oczekujemy że coś wynagrodzi nam drenaż portfela. Tak jak mówiłam, do opakowania nie ma się co przyczepić - ładne, kolorowe, słoneczne, dobrze wykonane. Tyle w temacie. Psikacz jest zabezpieczony korkiem z tworzywa, który ja gubię zazwyczaj po 2-3 dniach. Ale dobrze, że jest nie wypsikamy produktu w torbie w czasie lotu na Kanary (wizualizujemy sobie, wizualizujemy....). Chociaż z drugiej strony to suchy olejek , więc nasze ciuchy nie powinny wyglądać jak po tygodniu pracy w smażalni ;).


No i moim zdaniem na tym plusy produktu się kończą. Po pierwszej aplikacji musiałam uciekać z łazienki bo myślałam że się uduszę! Trudno ocenić jaki do zapach, bo wydostający się z dyfuzora pyło-mgiełko-gaz oblepił mi skutecznie twarz i nozdrza. Podobno owocowy. Wierzę na słowo. Za każdym razem było to samo. Domownicy przeklinali mnie dobre 10 minut po wyjściu z łazienki. W końcu dostałam eksmisję na taras. Może nawet bym to zniosła gdyby nie to, że nie zauważyłam żadnego widocznego działania olejku na moje włosy. Jak było siano tak jest. Po bardzo wnikliwej analizie i obserwacji z lupą stwierdzam, że minimalnie je nabłyszcza i może faktycznie są ciut bardziej miękkie. Nie jest o jednak efekt WOW tylko odrobina litości z mojej strony. Kwestie odżywienia i sprężystości pominę już zupełnym milczeniem. Ja jestem absolutnie na NIE. Czytałam na Wizażu kilka pozytywnych opinii, więc może jest rodzaj włosów którym to cudo na coś pomaga. Na cienkie, suche nie działa. Ale dusi i to naprawdę skutecznie. Można się zemścić na chłopaku lub współlokatorce ;). Żegnamy zatem Panią Olejkową bez żalu :). NIE POLECAM.


A tak z całkiem innej beczki to u mnie same zmiany. Po pierwsze kolejny tatuaż. 


Bardzo specjalny, może kiedyś opowiem Wam jego historię, na razie jeszcze nie jestem na to gotowa. Po drugie, za 2 tygodnie wracam do pracy "dla kogoś". Znowu, może tym razem przetrwam nie tylko jeden projekt i zostanę tam na dłużej? Moje przełożone mają dzieci więc jest szansa, że nie będę wysiadywała idiotycznych "dupogodzin" dla zasady bo nie wypada wychodzić o 17. Trzymajcie kciuki. I po małe trzecie, sprawiłam sobie kultowy już na IG pędzel syrenkę. Nie mogłam się oprzeć!



Gdybym się z Wami już nie widziała na FB .........


Właśnie - dlaczego niektórych z Was nie ma na FB? No dlaczego? Chodźcie! DO MNIE :)
A jeśli chcecie zobaczyć coś więcej niż kosmetyki to zapraszam do mojego życia na IG



sobota, 1 kwietnia 2017

Powrót do natury - czyli wiosenny detox z kawą w tle

No dobra, nie całkiem, bo do naturalnego koloru włosów nie wrócę za nic! Z pierwszymi ciepłymi promieniami słońca nabrałam przemożnej ochoty na wiosenny detox. Na pierwszy ogień poszły przedłużane rzęsy (maaaatko, nie mam oczu!), na drugi akrylowe pazury (dramat w 10 aktach!). Kolejnym etapem było odstawienie słodyczy (z rożnym skutkiem) i różnych dziwnych napojów słodzonych ciepłych i zimnych. Przy tej okazji zaczęłam się zastanawiać nad piciem kawy i jej wpływem na nasze ciało. Dodatkowym impulsem było ogromne uwielbienie mojego 6 letniego syna do tego trunku. Pomijam kwestie porannej pobudki - niektórzy po prostu kochają ten smak. Czy można ją zastąpić czymś co będzie miało dobry wpływ na nasz organizm? Kawa zbożowa! No dobra, dla wytrawnego kawosza nie jest to może super alternatywa, ale dla osób pijących kawę bez pasji i umiejętności rozpoznawania pochodzenia ziaren i sposobu ich palenia - jest to szansa na poprawienie codziennego menu.


Wiecie, że kawa zbożowa trafiła do naszego kraju dopiero w XVIII wieku? Jej pierwszą i największą zaletą jest...brak kofeiny. Dzięki temu mogą się nią delektować ciśnieniowcy, matki karmiące, kobiety w ciąży, dzieci i osoby ze schorzeniami nerek, wątroby i nadkwasotą. Rekomendacja doskonała, ale to nie koniec. Znajdujące się w niej witaminy z grupy B i magnez działają kojąco na układ nerwowy i mają zbawienny wpływ na kondycję skóry i włosów! Do tego, jeśli nie nasypiemy do niej wiadra cukru i nie zalejemy tłustym mlekiem, to jest bardzo nisko kaloryczna! 


Nie bez znaczenia dla naszej urody jest też zawartość polifenoli, cudaków które są naturalnymi przeciwutleniaczami. Czyli, jak każda kobieta wie - opóźniają proces starzenia się! Saaame plusy i jeszcze nie musimy ograniczać się w ilości wypitych filiżanek.  Kawę zbożową kupiłam wszystkim członkom rodziny - teraz wiem, że ciut lepiej dbają o zdrowie a kiedy Franek biegnie do cioci "na kawę" nie muszę martwić się co wyląduje w filiżance. Sama też popadłam w małe uzależnienie. Przyznam, że słodzę kawę zbożową ksylitolem i jest ona dla mnie namiastką słodyczy. Piję ją podczas rodzinnych śniadań, w knajpie a czasami ot tak dla relaksu kiedy nic mnie nie goni.


Pierwszy raz w życiu pomyślałam sobie, ze fajnie by było móc zabrać ciepłą kawę ze sobą. Tak! Wyobraźcie sobie, że jestem chyba jedynym człowiekiem w tym kraju, który nigdy nie miał kubka termicznego. Zatrzymałam się gdzieś w czasie na poziomie tłukących się termosów i gorzkiej herbaty zabieranej na obozy harcerskie. No prawdziwy dinozaur! Kubków jest wiele, ładne i brzydkie, podobno niektóre przeciekają a niektóre nie, trzymają ciepła długo albo wcale..... Pojęcia nie miałam który wybrać. I tutaj los zadecydował za mnie i bardzo dobrze! Dostałam w prezencie mój własny, spersonalizowany kubeczek. Mój i tylko mój! Z moim imieniem! 


Łukasz mi go nie zabiera, w pracy tez nikt się nie połaszczy. Mogę sobie iść z kawką gdzie chcę jak cywilizowany człowiek. Co więcej, przystojny brunet na stacji metra już nie musi głupio pytać jak mam na imię (taaaak w moim wieku też to się zdarza!). Używam go intensywnienie jakiś czas i teraz mogę z czystym sumieniem powiedzieć, że się polubiliśmy. Jest śliczny ale też całkiem poważny, więc można zabrać do pracy i na konferencje - nie ma wstydu. Nie cieknie ani trochę (sprawdziłam, w mojej przepastnej torbie nic a nic się nie zamoczyło!). Trzyma ciepło aż za dobrze ;) Po 2 godzinach od napełnienia, przekonana, że napój jest już dawno chłodny poparzyłam sobie dzioba! Nadal był gorący! Wygodnie mieści się we wszystkich schowkach, podstawkach i uchwytach.


Na wieczku ma przycisk który bardzo dokładnie blokuje odpływ i uniemożliwia wydostanie się napoju. Działa doskonale, tylko trzeba uważać przy długich paznokciach. O mało nie złamałam szpona kiedy mocno i zdecydowanie kliknęłam w dół. Teraz co prawda już nie mam tego problemu, ale przecież nie każdy na wiosnę pozbywa się paznokci ;). A wiecie co jest najfajniejsze? To nie są gotowe kubki - robią je specjalnie dla nas! W sensie nadruk :) Jeśli rodzice mieli fantazję i nazwali nas Nabuchodonozor  to nie musimy czuć się  wykluczeni. Tez możemy mieć coś z własnym imieniem.


Wejdźcie na stronę mygiftdna i poznajcie moje ostatnie odkrycie. Źródło prezentów na wszelkie okazje. Naprawdę można dostać zawrotów głowy od ilości pomysłów. Gwarantuję, że jak raz zajrzycie, będziecie wracali. U nas w domu jest zwyczaj, że na Wielkanoc zajączek przynosi drobne prezenty. W tym roku wszystkie będą miały imiona obdarowanych :).



Tak sobie myślę. że jeśli  nie przekonałam was do picia kawy zbożowej, 
to wejdźcie na stronę Molinari Private Reserve  i wydajcie 20 dolarów 
na kawę.... o smaku czerwonego wina! Jak szaleć to z fantazją!


(a potem koniecznie opowiedzcie mi jak smakuje)

piątek, 24 marca 2017

Toni&Guy, czy mam nowego kumpla, czy znowu rzymski hełm na głowie?

Tak, dziura ozonowa to moja wina. :) Zużywam skandaliczne ilości lakieru do włosów! Dlaczego? Bo mam tak delikatne, cieniutkie włosy, że bez lakieru wyglądają jak przysłowiowe mysie ogonki. Lakier sprawia, że nabierają objętości i masy a jednocześnie nie są obciążone. Wiem, wiem jest pierdylion kosmetyków, które mają za zadanie pomóc, ale moje kłaczki źle na nie reagują. Wypróbowałam wiele i uwierzcie mi tylko lakier sprawia, że nie wyglądam jak "idź stąd i nie wracaj". No chyba, że jest zbyt mocny - wtedy wyglądam jak uciekinier z rzymskich legionów.



Zazwyczaj lakiery kupowałam wiedziona impulsem, albo sięgałam kolejny raz po ten sam co był ostatnio. Razu jednego jednak rzuciła mi się oczy przecena lakieru, którego nigdy nawet nie brałam pod uwagę. Dlaczego? Bo kosztował 36 zł! I to  Rossmannie! Ja to prycham pogardliwie na takie produkty myśląc sobie "A co tam może być takiego wyjątkowego, żeby tyle kasy za niego chcieli, Phi!?" Tym razem kosztował około 25 zł. Nadal drogo, ale opętała mnie jakaś przemożna chęć popsikania sobie głowy dobrem luksusowym. Kupiłam! Lakier do włosów "elastyczne utrwalenie" marki TONI&GUY.


Opakowanie tradycyjnie zbudowane, ale bardzo ładnie zaprojektowane. Miękkie linie, pastelowe kolory. Na pierwszy rzut oka powiało profesjonalizmem. Co obiecuje producent? Twierdzi, że produkt utrzymuje naturalną lekkość i sprężystość przez cały dzień. I tyle. No więc ja się rozpiszę ciut więcej. Po pierwsze zapach. Jest naprawdę ładny (choć oczywiście gusta są różne) Jest to jedyny lakier na który mój Łukasz nie reagował teatralnym odruchem wymiotnym ;). Po drugie mgiełka. Tak, z dyfuzora wydobywa się delikatna, idealnie rozpylona lakierowa mgiełka! Dzięki temu produkt delikatnie i równomiernie pokrywa włosy nie tworząc hełmu ani nie sklejając kosmyków.


Zauważyłam też, że moja mikrołazienka nie jest oblepiona warstwą lakieru. To taka ciekawostka. Normalnie musiałam wszystko regularnie wycierać. Nie żebym teraz nie musiała latać na szmacie ale jednak zawsze kilka ruchów mniej a w moim wieku trzeba się oszczędzać ;). Poza tym podczas obfitej aplikacji nie dostawałam duszności.


Jeśli macie grube, ciężkie włosy - to nie jest lakier dla was. Jeśli idziecie na wiejskie wesele i chcecie utwardzić sobie loki i angelzy to nie jest lakier dla was! Jeśli jednak cenicie sobie subtelne uwalenie albo macie włosy cienkie i podatne na układanie - to produkt idealny! Włosy zachowują nadany kształt ale nie sterczą jak sztywne patyki, nie mamy skorupy, wszystko wygląda ładnie i naturalnie. Na dokładkę łatwo go wyczesać. Już po kilu chwilach wyglądamy jakbyśmy wcale go nie używały a włosy nadal wyglądają świeżo i są sypkie. 


Oczywiście nie będzie tylko tak słodko pierdząco,  bo produkt oprócz ceny ma jeszcze jedną wadę. Jest mniej wydajny niż tradycyjne lakiery. Jeśli więc wylewacie na siebie litry utrwalacza to tutaj uderzy was to bardziej po kieszeni. Jeśli jednak psikacie z umiarem, dla wykończenia fryzury - wszytko będzie ok. Ostatnio wróciłam na chwilkę do dawnych przyzwyczajeń i szybko poczułam różnicę w jakości. Podsumowując - produkt bardzo, ale to bardzo fajny dla osób ceniących sobie naturalność i umiar. Warto polować na przecenę (są bardzo często) bo 36 zł to gruba przesada, nawet jak za tak udany lakier. Ja kupiłam właśnie kolejny :).

A teraz mała zagadka - jak myślicie  jaki zabieg odchorowuję siniaczkami na twarzy?
Łukasz mówi, że robię się na Marlin Monroe ;)




poniedziałek, 13 marca 2017

Próbki i miniaturki kosmetyków to nie łaska sprzedawcy! Zostały wyprodukowane z myślą o Tobie!

Wiem, było mnie ciut mniej. Przykro mi, ale mieliśmy bardzo przykrą sytuację w rodzinie - odszedł ktoś mi bardzo bliski. Nie miałam do niczego głowy, a już na pewno nie do kosmetyków. Chociaż nawet ta chwila, gdzieś tam o kobiecą urodę się otarła. Moje wspomnienie, ukochana szminka, którą wyjęłam z jej torebki, tej torebki, którą zostawiła tylko na chwilę, na chwilę która okazała się wiecznością.... Doceniajcie każdy głupi dzień, każdą "zwykłą" chwilę. Nigdy nie wiemy, czy nasze spotkanie nie jest tym ostatnim....


Dlatego dzisiaj mniej będzie o samych kosmetykach a więcej o tym do czego mamy prawo.  A mamy prawo do otrzymywania w drogeriach i aptekach...próbek kosmetyków. Przeprowadziłam małe śledztwo i okazało się, że:

1. Wstydzimy się prosić o próbki bo czujemy się "jak biedna krewna"
2. Obsługa sklepu sama proponuję nam próbki bardzo rzadko.
3. Często jeśli nawet poprosimy, to próbki dawane są nam "z łaski" z obrażoną miną, w minimalnej ilości  (przez to następnym razem czujemy się jak w pkt. 1).
4. Ekspedientki (a przepraszam, konsultantki) często twierdzą , że próbek nie mają i nie proponują wykonania próbki na miejscu (jak to na przykład robią panie w Sephorze. Chociaż i tam czasami też przewracają oczami ;)).
5. Jeśli nawet zgodzą się wykonać próbkę na miejscu, to często robią to w sposób niehigieniczny (podobno nawet palcem!)
6. Dziewczyny często czują się oceniane przez personel i dzielone na te "biedne" które i tak nic nie kupią
i te z potencjałem, którym trzeba się trochę "podlizać".


W związku z punktem 6, podobno idąc do "lepszej" perfumerii dobrze jest się odpowiednio ubrać (czytaj, na bogato) oraz znać kilka nazw drogich kosmetyków aby w rozmowie "popisać" się ich użytkowaniem. Wtedy Pani chętniej da nam próbkę, bo skoro używamy kremu za 300 zł to może kupimy i ten balsam za 150. A dlaczego tak trudno dostać próbki, szczególnie tych droższych kosmetyków? Krąży opinia, że obsługa sklepu zgrania je dla siebie! Całe szczęście nie wszędzie tak jest!

źródło
Słowo, że żaden z punktów nie jest zmyślony! To prawdziwe teksty z ust kobiet i dziewczyn w rożnym wieku. W dużym  mieście, gdzie pełno sklepów! Powiem szczerze, że po przyswojeniu tych wiadomości poczułam, że niewiele wiem o świecie. Nie przyszło mi do głowy stroić się do perfumerii, ale może to mój błąd ;) ?



O próbki pytam bez cienia skrępowania. Należą mi się jak psu buda.. Jeśli chce kupić krem to muszę wiedzieć jak pachnie, jak się wchłania, jaką ma konsystencję, jak zachowuje się pod makijażem i czy mnie nie uczuli. Im droższy krem tym bardziej wymagam próbki a nawet miniaturki. Jeśli kupuję podkład, też wolę wcześniej móc wypróbować go w domu, sprawdzić krycie, zachowanie się w świetle i czy po paru godzinach nie zmieni odcienia. A perfumy? No chyba nie muszę tłumaczyć, że warto się z tematem przespać, powąchać kolejnego dnia, "pokazać" mężowi.itd, szczególnie, że dobre perfumy to wydatek niemały.



Zdarzyło się, że personel był niechętny. Nie kłóciłam się ale omijałam takie miejsca szerokim łukiem. Zdarzyło mi się kupić zestaw próbek w sklepie internetowym lub na Allegro. Wiem, że to nie  jest do końca ok, ale co poradzić jeśli nigdzie nie ma. Jeśli planuje wydać na serum 380 zł to naprawdę wolę zainwestować 30 i dowiedzieć się czy po 3 dniach nie dostane wysypki. Przyznaję się - kupiłam cały plik próbek kremu pod oczy Clinique. I całe szczęście, bo okazał się kiepski, ale odkryłam to dopiero po którejś próbce z kolei. Poza tym nie mam traumatycznych przeżyć. 

źródło
Do "mojej" apteki wpadam z okrzykiem "A co tam mamy nowego!?"  i wiem, że jeśli wyszedł nowy krem na przebarwienia albo super kryjący fluid to zaraz dostanę plik próbek. Czasami wracam potem po pełnowymiarowy produkt, a czasami nie. Takie życie. Baaaardzo uczynne są również panie w sklepach L'occitane, Kiehls, Organique i kilku innych. Nigdy nie spotkały mnie tam żadne fochy w związku z chęcią otrzymania próbki. W Sephorze widziałam przewracanie oczami ;) dyskretne, ale jednak, szczególnie jak poprosiłam o przygotowanie próbki do pojemniczka. Nigdy jednak nie widziałam, aby nakładano kosmetyk paluchami! Nawet w Rossmannie bez problemu otrzymywałam wybrane próbki (jeśli akurat je mieli). Mam chyba sporo szczęścia, bo zasłyszane opowieści nieco zachwiały moją wiarą w ludzi. W końcu panie są zawsze takie miłe i uśmiechnięte ;).


Zanim jednak pomyślimy sobie coś niemiłego o paniach z drogerii, pamiętajmy, że każdy medal ma dwie strony. Niemało jest pazernych panienek biegających po sklepach tylko po to żeby się "nachapać" za darmoszkę ;). Z jednej strony nadal otrzymanie próbek lub miniaturek to ich prawo, z drugiej jednak trudno się dziwić, że człowiek zaczyna podejrzliwie patrzeć na kolejna "chętną". Tak więc dużo pewności siebie i odrobinkę wyrozumiałości :) a wszystkim nam w tym kosmetycznym świecie będzie znacznie sympatyczniej ;). Bierzcie próbki, sprawdzajcie na własnej skórze aby potem nie pluć sobie w brodę, ze wywaliłyście kasę w błoto a krem czy fluid uczulił jak cholera. A wy? Chętnie poczytam jakie są wasze doświadczenia z próbkami i  uzupełnię moją listę o kolejne punkty :).


A! Zapomniałam się pochwalić - oto mój pierwszy tatuaż! 
Zrobiony dopiero po 40-tce! 

Mój ukochany pies Benek :). 
Wpadajcie na mojego Instagrama, tam zawsze dużo fajnych zdjęć z naszego życia :) i tego jak widzę świat wokoło.





środa, 1 marca 2017

Candleberry Red Stag by Jim Beam - czyli jak przekonać faceta do wieczorów przy świecach ;)

Dzisiaj z pozoru będzie mało kosmetycznie. Będzie o świetle i zapachu świec. Może nie kosmetycznie, ale z urodą jednak ma jakiś związek. Dlaczego? Ano zacznijmy od tego, ze w żadnym świetle kobieta nie wygląda tak pięknie jak w świetle świec ;). Ale to nie wszystko. Aromaterapia, kojący zapach, miękkie światło, spokój i relaks. Zestaw pieszczący nie tylko duszę ale i ciało. A kobieta zrelaksowana, wypoczęta  rozluźniona jest już w połowie drogi do tego aby wyglądać jak milion dolarów. Większość facetów nie docenia romantycznych wieczorów przy świecach (ich strata) Są jednak świece, które przyjdą nam z pomocą. Co powiecie na aromat Bourbona, Jim Beam-a lub Whiskey? Brzmi interesująco? I jest! Moje ostatnie odkrycie - świece zapachowe Candleberry! Swojego Łukasza skusiłam czarnymi wiśniami kandyzowanymi w alkoholu Jim Beam Red Stag. Pierwszy raz nie mógł doczekać się przesyłki!


Nasze cudeńko zamknięte jest w szklanym, zgrabnym słoiczku (są dwie wersje rozmiaru) ze stylową przykrywką (uwaga zamyka się na wcisk a nie odkręca, co usiłowałam zrobić;). Przyznam, że jest tak ładna, że ciężko się zdecydować na pierwsze użycie :). Nie musicie jednak specjalnie oszczędzać, bo świece Candleberry są niebywale wydajne. Czas palenia mojego egzemplarza to 50-60 godzin! W przypadku świec w rozmiarze dużym to nawet 150 godzin! Można szaleć ;)



Zapach jest intensywny, wyczuwalny w całym mieszaniu. Przy małych pomieszczeniach nawet za bardzo. Nie znaczy to, że nie możemy jej zapalić. Po prostu po jakimś czasie gasimy. Zapach utrzymuje się długo po zdmuchnięciu płomienia i buduje fantastyczną, ciepłą atmosferę. Nie dusi, nie jest męczący, czy chemiczny. Jeśli lubicie nieco słodsze aromaty można pokusić się o zakup świecy o zapachu bourbona połączonego ze słodkimi nutami wanilii, karmelu i przypraw. Natomiast jeżeli bliższe są wam bardziej wytrawne aromaty - polecam mieszankę paczuli, lawendy i przypraw korzennych. Jest też coś bardziej "babskiego", zapach świeżo upieczonego sernika z tropikalnymi owocami, pokrytego syropem na bazie rumu. Aż ślinka cieknie!


OK, świece Candleberry mają jedną wadę. Nie są tanie! Wersja mniejsza to koszt ok 64 zł, natomiast duża 119 zł. Jeśli lubicie świece zapachowe wiecie jednak zapewne, że cena połączona z tradycją marki często przekłada się na jakość. A w tym przypadku historia jest całkiem ciekawa. Rozpoczyna się w miejscowości Frankfort w Stanach Zjednoczonych gdzie produkująca świece zapachowe  rodzina Fowlerów zachodziła w głowę jak stworzyć świecę idealną. Sen z powiek spędzał im fakt, ze większość świec pachniała w górnej jej części tracąc z czasem aromat na rzecz dymu. Poświęcili temu swoje życie, odnosząc ogromny sukces. Ich rodzina znana jest dzisiaj na całym świecie pod nazwą „The Candleberry Co.” Nadal jest to biznes rodzinny a ich świece uważane są za najmocniej pachnące na rynku. Wspólnymi siłami stworzyli produkt niemal doskonały.


Zdecydowanie lepiej mieć jedną super świecę która będzie się palić i palić wypełniając aromatem cały dom, niż kilka tanich z supermarketu, które wypalą się w jeden wieczór a zapach zniknie w 10 minut po zapaleniu. Nie jestem z gatunku ludzi, którzy uważają, że drogie to lepsze ale w tym wypadku naprawdę warto zainwestować. Kiedyś miałam w szafce całe pudełko rożnych świec  i podgrzewaczy zapachowych, teraz mam dwie - Red Stag by Jim Beam i Yankee Candle o zapachu Baby Powder, które zapalam sobie w zależności od nastroju. Pełen wachlarz produktów możecie poznać na stronie www.candleonline.pl. Koniecznie polubcie ich na FB, żeby nie przegapić promocji które pojawiają się tam dość regularnie. Warto na nie polować!


A Wy? Macie swoje ulubione marki, zapachy? 

Jest coś co wprowadza was w blogi nastrój i umożliwia prawdziwy relaks? 
A może  uważacie, że świece zapachowe to niepotrzebny gadżet i wydawanie pieniędzy?


wtorek, 14 lutego 2017

Bałagan na głowie, czyli MADE 4 MESS - magiczny spray od Schwarzkopf

Moje delikatne, cienkie włosy lubią bałagan. Najlepiej czuję się trochę potargana, w przeciwnym razie wyglądam jakby mnie krowa polizała. Taki klasyczny "przychlaścik". MADE 4 MESS z serii got2b marki Schwarzkopf wydawało się idealną  propozycją do mojego codziennego stylu "out of bed".


W Rossmannie za około 17 zł zakupiłam kolorową buteleczkę, która kojarzyła mi się z plażą, wakacjami i w ogóle samymi miłymi rzeczami. Szczególnie spodobał mi się tekst na opakowaniu, który obiecywał obudzić we mnie artystę a moim włosom nadać tajemnicze tekstury i bałaganiarski "look". Na dodatek wszyscy wokoło mieli być zachwyceni. Bierę!


Opakowanie bardzo ładne, kolorowe, wakacyjne, porządnie wykonane. Tylko co z tym sprayem? Najpierw popsikałam lustro, potem napsikałam mojemu Łukaszowi w oko. Dźwignia do naciskania jest po tej samej stronie co otwór! Kompletnie nieintuicyjne rozwiązanie. Nawet po kilku razach, odruchowo usiłowałam wypsikać się kosmetykiem kierując otwór w drugą stronę. No dobra, jestem stara, demencja mnie dopada, jestem też blondynką, ale bez przesady :). To nie jest fajny pomysł, nie jest też wygodny. Plus za blokadę umożliwiającą zabezpieczenie sprayu przed przypadkowym  naciśnięciem (fajne rozwiązanie w podróży).


 

Płyn ma świeży, kosmetyczny zapach charakterystyczny dla produktów Schwarzkopf. Nie każdy lubi, mnie się dobrze kojarzy więc nie mam nic przeciwko. No to teraz najważniejsze - czy robi bałagan na głowie, który zachwyca wszystkich wokoło? I tak i nie. Faktycznie, jeśli włosy nam się puszą -  ratuje sytuację. Włosy opadają. Czasami OPADAJĄ ZA BARDZO! Łatwo jest osiągnąć efekt nieumytych włosów. Niestety. Jeden "psik" za dużo i wyglądam nieświeżo. Jeśli chodzi o możliwości stylizacyjne - tyłka nie urywa. Moje kłaczki są bardzo podatne na produkty do układania. W tym wypadku efekt był mierny. Do tego kosmyki się sklejały... Ogólnie wyglądałam często na "wczorajszą". Czy kupię ponownie - w życiu nigdy! W tej chwili korzystam z niego sporadycznie, kiedy fryzura zbyt mocno mi się puszy. Następnym razem te prawie 18 zł wydam na ciastko ;) i zrobię sobie bałagan w żołądku ;).


Znacie świece zapachowe marki CANDLEBERRY?  Własnie jedna zamieszkała u mnie. Niebawem więcej szczegółów ale już dziś powiem Wam, że nigdzie nie spotkałam tak niesamowitych zapachów. Bardzo męskich, ale z kobiecą nutką. Tak jak moja JIM BEAM RED STAG Black Cherry. Czarna wiśnia kandyzowana w alkoholu. Też czujecie jak pracują wam ślinianki? Baaaardzo smakowita!  Do wyboru jest jeszcze wiele innych wersji - mniej lub bardziej wytrawnych. Zaglądajcie na candleonline.pl,  - gwarantuję że od teraz każdy facet będzie marzył o kolacji przy świecach ;)


Zapraszam do obserwowania, komentowania, wizyty na moim FB oraz Instagramie, bo już niedługo powiem wam czy BOTOX jest tak straszny jak go malują, oraz jak to jest zrobić pierwszy tatuaż po 40-tce!