piątek, 24 marca 2017

Toni&Guy, czy mam nowego kumpla, czy znowu rzymski hełm na głowie?

Tak, dziura ozonowa to moja wina. :) Zużywam skandaliczne ilości lakieru do włosów! Dlaczego? Bo mam tak delikatne, cieniutkie włosy, że bez lakieru wyglądają jak przysłowiowe mysie ogonki. Lakier sprawia, że nabierają objętości i masy a jednocześnie nie są obciążone. Wiem, wiem jest pierdylion kosmetyków, które mają za zadanie pomóc, ale moje kłaczki źle na nie reagują. Wypróbowałam wiele i uwierzcie mi tylko lakier sprawia, że nie wyglądam jak "idź stąd i nie wracaj". No chyba, że jest zbyt mocny - wtedy wyglądam jak uciekinier z rzymskich legionów.



Zazwyczaj lakiery kupowałam wiedziona impulsem, albo sięgałam kolejny raz po ten sam co był ostatnio. Razu jednego jednak rzuciła mi się oczy przecena lakieru, którego nigdy nawet nie brałam pod uwagę. Dlaczego? Bo kosztował 36 zł! I to  Rossmannie! Ja to prycham pogardliwie na takie produkty myśląc sobie "A co tam może być takiego wyjątkowego, żeby tyle kasy za niego chcieli, Phi!?" Tym razem kosztował około 25 zł. Nadal drogo, ale opętała mnie jakaś przemożna chęć popsikania sobie głowy dobrem luksusowym. Kupiłam! Lakier do włosów "elastyczne utrwalenie" marki TONI&GUY.


Opakowanie tradycyjnie zbudowane, ale bardzo ładnie zaprojektowane. Miękkie linie, pastelowe kolory. Na pierwszy rzut oka powiało profesjonalizmem. Co obiecuje producent? Twierdzi, że produkt utrzymuje naturalną lekkość i sprężystość przez cały dzień. I tyle. No więc ja się rozpiszę ciut więcej. Po pierwsze zapach. Jest naprawdę ładny (choć oczywiście gusta są różne) Jest to jedyny lakier na który mój Łukasz nie reagował teatralnym odruchem wymiotnym ;). Po drugie mgiełka. Tak, z dyfuzora wydobywa się delikatna, idealnie rozpylona lakierowa mgiełka! Dzięki temu produkt delikatnie i równomiernie pokrywa włosy nie tworząc hełmu ani nie sklejając kosmyków.


Zauważyłam też, że moja mikrołazienka nie jest oblepiona warstwą lakieru. To taka ciekawostka. Normalnie musiałam wszystko regularnie wycierać. Nie żebym teraz nie musiała latać na szmacie ale jednak zawsze kilka ruchów mniej a w moim wieku trzeba się oszczędzać ;). Poza tym podczas obfitej aplikacji nie dostawałam duszności.


Jeśli macie grube, ciężkie włosy - to nie jest lakier dla was. Jeśli idziecie na wiejskie wesele i chcecie utwardzić sobie loki i angelzy to nie jest lakier dla was! Jeśli jednak cenicie sobie subtelne uwalenie albo macie włosy cienkie i podatne na układanie - to produkt idealny! Włosy zachowują nadany kształt ale nie sterczą jak sztywne patyki, nie mamy skorupy, wszystko wygląda ładnie i naturalnie. Na dokładkę łatwo go wyczesać. Już po kilu chwilach wyglądamy jakbyśmy wcale go nie używały a włosy nadal wyglądają świeżo i są sypkie. 


Oczywiście nie będzie tylko tak słodko pierdząco,  bo produkt oprócz ceny ma jeszcze jedną wadę. Jest mniej wydajny niż tradycyjne lakiery. Jeśli więc wylewacie na siebie litry utrwalacza to tutaj uderzy was to bardziej po kieszeni. Jeśli jednak psikacie z umiarem, dla wykończenia fryzury - wszytko będzie ok. Ostatnio wróciłam na chwilkę do dawnych przyzwyczajeń i szybko poczułam różnicę w jakości. Podsumowując - produkt bardzo, ale to bardzo fajny dla osób ceniących sobie naturalność i umiar. Warto polować na przecenę (są bardzo często) bo 36 zł to gruba przesada, nawet jak za tak udany lakier. Ja kupiłam właśnie kolejny :).

A teraz mała zagadka - jak myślicie  jaki zabieg odchorowuję siniaczkami na twarzy?
Łukasz mówi, że robię się na Marlin Monroe ;)




poniedziałek, 13 marca 2017

Próbki i miniaturki kosmetyków to nie łaska sprzedawcy! Zostały wyprodukowane z myślą o Tobie!

Wiem, było mnie ciut mniej. Przykro mi, ale mieliśmy bardzo przykrą sytuację w rodzinie - odszedł ktoś mi bardzo bliski. Nie miałam do niczego głowy, a już na pewno nie do kosmetyków. Chociaż nawet ta chwila, gdzieś tam o kobiecą urodę się otarła. Moje wspomnienie, ukochana szminka, którą wyjęłam z jej torebki, tej torebki, którą zostawiła tylko na chwilę, na chwilę która okazała się wiecznością.... Doceniajcie każdy głupi dzień, każdą "zwykłą" chwilę. Nigdy nie wiemy, czy nasze spotkanie nie jest tym ostatnim....


Dlatego dzisiaj mniej będzie o samych kosmetykach a więcej o tym do czego mamy prawo.  A mamy prawo do otrzymywania w drogeriach i aptekach...próbek kosmetyków. Przeprowadziłam małe śledztwo i okazało się, że:

1. Wstydzimy się prosić o próbki bo czujemy się "jak biedna krewna"
2. Obsługa sklepu sama proponuję nam próbki bardzo rzadko.
3. Często jeśli nawet poprosimy, to próbki dawane są nam "z łaski" z obrażoną miną, w minimalnej ilości  (przez to następnym razem czujemy się jak w pkt. 1).
4. Ekspedientki (a przepraszam, konsultantki) często twierdzą , że próbek nie mają i nie proponują wykonania próbki na miejscu (jak to na przykład robią panie w Sephorze. Chociaż i tam czasami też przewracają oczami ;)).
5. Jeśli nawet zgodzą się wykonać próbkę na miejscu, to często robią to w sposób niehigieniczny (podobno nawet palcem!)
6. Dziewczyny często czują się oceniane przez personel i dzielone na te "biedne" które i tak nic nie kupią
i te z potencjałem, którym trzeba się trochę "podlizać".


W związku z punktem 6, podobno idąc do "lepszej" perfumerii dobrze jest się odpowiednio ubrać (czytaj, na bogato) oraz znać kilka nazw drogich kosmetyków aby w rozmowie "popisać" się ich użytkowaniem. Wtedy Pani chętniej da nam próbkę, bo skoro używamy kremu za 300 zł to może kupimy i ten balsam za 150. A dlaczego tak trudno dostać próbki, szczególnie tych droższych kosmetyków? Krąży opinia, że obsługa sklepu zgrania je dla siebie! Całe szczęście nie wszędzie tak jest!

źródło
Słowo, że żaden z punktów nie jest zmyślony! To prawdziwe teksty z ust kobiet i dziewczyn w rożnym wieku. W dużym  mieście, gdzie pełno sklepów! Powiem szczerze, że po przyswojeniu tych wiadomości poczułam, że niewiele wiem o świecie. Nie przyszło mi do głowy stroić się do perfumerii, ale może to mój błąd ;) ?



O próbki pytam bez cienia skrępowania. Należą mi się jak psu buda.. Jeśli chce kupić krem to muszę wiedzieć jak pachnie, jak się wchłania, jaką ma konsystencję, jak zachowuje się pod makijażem i czy mnie nie uczuli. Im droższy krem tym bardziej wymagam próbki a nawet miniaturki. Jeśli kupuję podkład, też wolę wcześniej móc wypróbować go w domu, sprawdzić krycie, zachowanie się w świetle i czy po paru godzinach nie zmieni odcienia. A perfumy? No chyba nie muszę tłumaczyć, że warto się z tematem przespać, powąchać kolejnego dnia, "pokazać" mężowi.itd, szczególnie, że dobre perfumy to wydatek niemały.



Zdarzyło się, że personel był niechętny. Nie kłóciłam się ale omijałam takie miejsca szerokim łukiem. Zdarzyło mi się kupić zestaw próbek w sklepie internetowym lub na Allegro. Wiem, że to nie  jest do końca ok, ale co poradzić jeśli nigdzie nie ma. Jeśli planuje wydać na serum 380 zł to naprawdę wolę zainwestować 30 i dowiedzieć się czy po 3 dniach nie dostane wysypki. Przyznaję się - kupiłam cały plik próbek kremu pod oczy Clinique. I całe szczęście, bo okazał się kiepski, ale odkryłam to dopiero po którejś próbce z kolei. Poza tym nie mam traumatycznych przeżyć. 

źródło
Do "mojej" apteki wpadam z okrzykiem "A co tam mamy nowego!?"  i wiem, że jeśli wyszedł nowy krem na przebarwienia albo super kryjący fluid to zaraz dostanę plik próbek. Czasami wracam potem po pełnowymiarowy produkt, a czasami nie. Takie życie. Baaaardzo uczynne są również panie w sklepach L'occitane, Kiehls, Organique i kilku innych. Nigdy nie spotkały mnie tam żadne fochy w związku z chęcią otrzymania próbki. W Sephorze widziałam przewracanie oczami ;) dyskretne, ale jednak, szczególnie jak poprosiłam o przygotowanie próbki do pojemniczka. Nigdy jednak nie widziałam, aby nakładano kosmetyk paluchami! Nawet w Rossmannie bez problemu otrzymywałam wybrane próbki (jeśli akurat je mieli). Mam chyba sporo szczęścia, bo zasłyszane opowieści nieco zachwiały moją wiarą w ludzi. W końcu panie są zawsze takie miłe i uśmiechnięte ;).


Zanim jednak pomyślimy sobie coś niemiłego o paniach z drogerii, pamiętajmy, że każdy medal ma dwie strony. Niemało jest pazernych panienek biegających po sklepach tylko po to żeby się "nachapać" za darmoszkę ;). Z jednej strony nadal otrzymanie próbek lub miniaturek to ich prawo, z drugiej jednak trudno się dziwić, że człowiek zaczyna podejrzliwie patrzeć na kolejna "chętną". Tak więc dużo pewności siebie i odrobinkę wyrozumiałości :) a wszystkim nam w tym kosmetycznym świecie będzie znacznie sympatyczniej ;). Bierzcie próbki, sprawdzajcie na własnej skórze aby potem nie pluć sobie w brodę, ze wywaliłyście kasę w błoto a krem czy fluid uczulił jak cholera. A wy? Chętnie poczytam jakie są wasze doświadczenia z próbkami i  uzupełnię moją listę o kolejne punkty :).


A! Zapomniałam się pochwalić - oto mój pierwszy tatuaż! 
Zrobiony dopiero po 40-tce! 

Mój ukochany pies Benek :). 
Wpadajcie na mojego Instagrama, tam zawsze dużo fajnych zdjęć z naszego życia :) i tego jak widzę świat wokoło.





środa, 1 marca 2017

Candleberry Red Stag by Jim Beam - czyli jak przekonać faceta do wieczorów przy świecach ;)

Dzisiaj z pozoru będzie mało kosmetycznie. Będzie o świetle i zapachu świec. Może nie kosmetycznie, ale z urodą jednak ma jakiś związek. Dlaczego? Ano zacznijmy od tego, ze w żadnym świetle kobieta nie wygląda tak pięknie jak w świetle świec ;). Ale to nie wszystko. Aromaterapia, kojący zapach, miękkie światło, spokój i relaks. Zestaw pieszczący nie tylko duszę ale i ciało. A kobieta zrelaksowana, wypoczęta  rozluźniona jest już w połowie drogi do tego aby wyglądać jak milion dolarów. Większość facetów nie docenia romantycznych wieczorów przy świecach (ich strata) Są jednak świece, które przyjdą nam z pomocą. Co powiecie na aromat Bourbona, Jim Beam-a lub Whiskey? Brzmi interesująco? I jest! Moje ostatnie odkrycie - świece zapachowe Candleberry! Swojego Łukasza skusiłam czarnymi wiśniami kandyzowanymi w alkoholu Jim Beam Red Stag. Pierwszy raz nie mógł doczekać się przesyłki!


Nasze cudeńko zamknięte jest w szklanym, zgrabnym słoiczku (są dwie wersje rozmiaru) ze stylową przykrywką (uwaga zamyka się na wcisk a nie odkręca, co usiłowałam zrobić;). Przyznam, że jest tak ładna, że ciężko się zdecydować na pierwsze użycie :). Nie musicie jednak specjalnie oszczędzać, bo świece Candleberry są niebywale wydajne. Czas palenia mojego egzemplarza to 50-60 godzin! W przypadku świec w rozmiarze dużym to nawet 150 godzin! Można szaleć ;)



Zapach jest intensywny, wyczuwalny w całym mieszaniu. Przy małych pomieszczeniach nawet za bardzo. Nie znaczy to, że nie możemy jej zapalić. Po prostu po jakimś czasie gasimy. Zapach utrzymuje się długo po zdmuchnięciu płomienia i buduje fantastyczną, ciepłą atmosferę. Nie dusi, nie jest męczący, czy chemiczny. Jeśli lubicie nieco słodsze aromaty można pokusić się o zakup świecy o zapachu bourbona połączonego ze słodkimi nutami wanilii, karmelu i przypraw. Natomiast jeżeli bliższe są wam bardziej wytrawne aromaty - polecam mieszankę paczuli, lawendy i przypraw korzennych. Jest też coś bardziej "babskiego", zapach świeżo upieczonego sernika z tropikalnymi owocami, pokrytego syropem na bazie rumu. Aż ślinka cieknie!


OK, świece Candleberry mają jedną wadę. Nie są tanie! Wersja mniejsza to koszt ok 64 zł, natomiast duża 119 zł. Jeśli lubicie świece zapachowe wiecie jednak zapewne, że cena połączona z tradycją marki często przekłada się na jakość. A w tym przypadku historia jest całkiem ciekawa. Rozpoczyna się w miejscowości Frankfort w Stanach Zjednoczonych gdzie produkująca świece zapachowe  rodzina Fowlerów zachodziła w głowę jak stworzyć świecę idealną. Sen z powiek spędzał im fakt, ze większość świec pachniała w górnej jej części tracąc z czasem aromat na rzecz dymu. Poświęcili temu swoje życie, odnosząc ogromny sukces. Ich rodzina znana jest dzisiaj na całym świecie pod nazwą „The Candleberry Co.” Nadal jest to biznes rodzinny a ich świece uważane są za najmocniej pachnące na rynku. Wspólnymi siłami stworzyli produkt niemal doskonały.


Zdecydowanie lepiej mieć jedną super świecę która będzie się palić i palić wypełniając aromatem cały dom, niż kilka tanich z supermarketu, które wypalą się w jeden wieczór a zapach zniknie w 10 minut po zapaleniu. Nie jestem z gatunku ludzi, którzy uważają, że drogie to lepsze ale w tym wypadku naprawdę warto zainwestować. Kiedyś miałam w szafce całe pudełko rożnych świec  i podgrzewaczy zapachowych, teraz mam dwie - Red Stag by Jim Beam i Yankee Candle o zapachu Baby Powder, które zapalam sobie w zależności od nastroju. Pełen wachlarz produktów możecie poznać na stronie www.candleonline.pl. Koniecznie polubcie ich na FB, żeby nie przegapić promocji które pojawiają się tam dość regularnie. Warto na nie polować!


A Wy? Macie swoje ulubione marki, zapachy? 

Jest coś co wprowadza was w blogi nastrój i umożliwia prawdziwy relaks? 
A może  uważacie, że świece zapachowe to niepotrzebny gadżet i wydawanie pieniędzy?


wtorek, 14 lutego 2017

Bałagan na głowie, czyli MADE 4 MESS - magiczny spray od Schwarzkopf

Moje delikatne, cienkie włosy lubią bałagan. Najlepiej czuję się trochę potargana, w przeciwnym razie wyglądam jakby mnie krowa polizała. Taki klasyczny "przychlaścik". MADE 4 MESS z serii got2b marki Schwarzkopf wydawało się idealną  propozycją do mojego codziennego stylu "out of bed".


W Rossmannie za około 17 zł zakupiłam kolorową buteleczkę, która kojarzyła mi się z plażą, wakacjami i w ogóle samymi miłymi rzeczami. Szczególnie spodobał mi się tekst na opakowaniu, który obiecywał obudzić we mnie artystę a moim włosom nadać tajemnicze tekstury i bałaganiarski "look". Na dodatek wszyscy wokoło mieli być zachwyceni. Bierę!


Opakowanie bardzo ładne, kolorowe, wakacyjne, porządnie wykonane. Tylko co z tym sprayem? Najpierw popsikałam lustro, potem napsikałam mojemu Łukaszowi w oko. Dźwignia do naciskania jest po tej samej stronie co otwór! Kompletnie nieintuicyjne rozwiązanie. Nawet po kilku razach, odruchowo usiłowałam wypsikać się kosmetykiem kierując otwór w drugą stronę. No dobra, jestem stara, demencja mnie dopada, jestem też blondynką, ale bez przesady :). To nie jest fajny pomysł, nie jest też wygodny. Plus za blokadę umożliwiającą zabezpieczenie sprayu przed przypadkowym  naciśnięciem (fajne rozwiązanie w podróży).


 

Płyn ma świeży, kosmetyczny zapach charakterystyczny dla produktów Schwarzkopf. Nie każdy lubi, mnie się dobrze kojarzy więc nie mam nic przeciwko. No to teraz najważniejsze - czy robi bałagan na głowie, który zachwyca wszystkich wokoło? I tak i nie. Faktycznie, jeśli włosy nam się puszą -  ratuje sytuację. Włosy opadają. Czasami OPADAJĄ ZA BARDZO! Łatwo jest osiągnąć efekt nieumytych włosów. Niestety. Jeden "psik" za dużo i wyglądam nieświeżo. Jeśli chodzi o możliwości stylizacyjne - tyłka nie urywa. Moje kłaczki są bardzo podatne na produkty do układania. W tym wypadku efekt był mierny. Do tego kosmyki się sklejały... Ogólnie wyglądałam często na "wczorajszą". Czy kupię ponownie - w życiu nigdy! W tej chwili korzystam z niego sporadycznie, kiedy fryzura zbyt mocno mi się puszy. Następnym razem te prawie 18 zł wydam na ciastko ;) i zrobię sobie bałagan w żołądku ;).


Znacie świece zapachowe marki CANDLEBERRY?  Własnie jedna zamieszkała u mnie. Niebawem więcej szczegółów ale już dziś powiem Wam, że nigdzie nie spotkałam tak niesamowitych zapachów. Bardzo męskich, ale z kobiecą nutką. Tak jak moja JIM BEAM RED STAG Black Cherry. Czarna wiśnia kandyzowana w alkoholu. Też czujecie jak pracują wam ślinianki? Baaaardzo smakowita!  Do wyboru jest jeszcze wiele innych wersji - mniej lub bardziej wytrawnych. Zaglądajcie na candleonline.pl,  - gwarantuję że od teraz każdy facet będzie marzył o kolacji przy świecach ;)


Zapraszam do obserwowania, komentowania, wizyty na moim FB oraz Instagramie, bo już niedługo powiem wam czy BOTOX jest tak straszny jak go malują, oraz jak to jest zrobić pierwszy tatuaż po 40-tce!

piątek, 3 lutego 2017

Fluid-baza CASHMERE - kaszmirowa woalka, czy pudrowa maska?




No wiem, mam słabość do kupowania fluidów. Szczególnie w promocjach - zawsze ciekawość pokona zdrowy rozsądek. Kolejny kosmetyk z kolekcji to (uwaga, długa nazwa) fluid - baza wygładzająco-kryjąca, make-up blur maxi cover od CASHMERE (Dax Cosmetics). Miał w Rossmannie "cenę na do widzenia" - no musiałam same rozumiecie!


Zobaczmy co obiecuje na stronie producent:  multifunkcyjnie udoskonala cerę. Dzięki mikrosferom odbijającym światło niweluje wszelkie niedoskonałości i nierówności skóry oraz nadaje jej kaszmirową gładkość. Doskonale kryje i ujednolica koloryt skóry bez efektu maski. Lekka, kremowa konsystencja jest niezwykle przyjemna w aplikacji i perfekcyjnie dopasowuje się do naturalnego kolorytu cery. Dzięki wyselekcjonowanym składnikom aktywnym zapewnia skórze luksusową pielęgnację. Zawiera: olej migdałowy – chroni skórę przed wolnymi rodnikami i zabezpiecza przed utratą wody, magnesy wilgoci – zapewniają natychmiastowe nawilżenie skóry, poprawiają elastyczność i gładkość, ekstrakt ze złotej algi – wzmacnia i regeneruje barierę lipidową skóry, a także łagodzi podrażnienia i zapobiega zaczerwienieniom

Dostępny w 4 odcieniach:
01 - IVORY
02 - NUDE
03 - BEIGE 
04 - GOLDEN BEIGE (to mój!)




Kosmetyk otrzymujemy w złotym, tekturowym pudełku z okienkiem. Znajdziemy na nim wszystkie potrzebne informacje, włącznie że szczegółowym składem. Wewnątrz mamy całkiem ładną butelkę z twardego tworzywa, zakończoną pompką i zabezpieczoną solidną, złotą zakrętką. Kolejny raz powiem, że nie jest to mój ulubiony sposób aplikacji - uniemożliwia wydłubanie kosmetyku do końca a ponieważ jestem skąpa i pazerna to nie lubię wyrzucać niewykorzystanych produktów ;). Konsystencja fluidu jest kremowa, ładnie się rozprowadza ale dość szybko zastyga, więc lepiej nie zamyślać się podczas makijażu. Nie lubię grubej warstwy, dlatego jedno naciśnięcie wystarcza mi na całą buzię. Ważna uwaga - fluid potrafi ściemnieć z czasem, więc naprawdę nie przesadzajcie z ilością (im więcej, tym bardziej ciemnieje). Po jakimś czasie właśnie z tego względu żałowałam, że nie mam o numer jaśniejszej wersji.




Jeśli chodzi o krycie (na które z racji posiadania przebarwień bardzo zwracam uwagę) oceniam je na średnie, w kierunku dobrego. Jestem zadowolona, więcej dawałoby już efekt maski. Tym samym zdradziłam, że efektu maski Cashmere nam nie funduje. Jeśli nie nałożymy go na siebie szpachlą, to uzyskamy przyzwoity, naturalny efekt. Ładnie ujednolica cerę. Nie mam pojęcia czym są magnesy wilgoci podane na opakowaniu, ale nie działają specjalnie sprawnie. Nie zauważyłam żadnego efektu nawilżenia i poprawy elastyczności skóry. W sieci czytałam też sporo komentarzy, że podkreśla suche skórki. Akurat żadnych nie miałam, więc nie mogę tego potwierdzić. Podrażnień nie łagodził ale też nie wpływał na ich zaognienie.

Tradycyjnie zdjęcie po lewej  (zrobione dzikim porankiem tuż przed pierwszą kawą) dedykuję obecnym narzeczonym moich byłych facetów, jadowitym pseudokoleżankom i facetom których porzuciłam.  Po prawej zdjęcie z fluidem, kiedy już wróciłam do właściwej czasoprzestrzeni ;). Ogólnie, byłabym z tego produktu bardzo zadowolona gdyby nie dwie rzeczy. Pierwsza to ciemnienie (dość niebezpieczne przy pośpiesznym wychodzeniu z domu) a druga to jakieś takie żółtawe pigmenty pojawiające się w zależności od oświetlenia, co nie zawsze dobrze wyglądało. Te dwie cechy sprawiają, że nie kupię już kolejnej butelki. Lubię czuć się pewnie z tym co mam na twarzy a nie z niepokojem sięgać po lusterko co kilka minut. Od razu powiem, że u mnie  najlepiej wyglądał w słońcu i w słabym oświetleniu (czyli na imprezkę się nada, szczególnie gdy nad ranem lico nam nieco zblednie). Cena to około 35-36 zł  za 30 ml, ale ja trafiłam go na promocji za około 23 zł. Jeśli chcecie spróbować - warto zapolować na niższą cenę, bo z tego co widzę w Rossmannach nadal stoi na półkach.



Wiedzieliście te tygrysy? No nie mogłam się powstrzymać ;) Beyonce machnęła sobie kiczowate fotki to ja tez chciałam! Ponieważ na moim FB jest was jak na lekarstwo (chyba czas jakiś konkurs zorganizować,  co?) to tutaj pokażę Wam moje nowe paznokietki. Nie do końca jest to to co mi się marzyło, ale nie jest źle ;)

Zdjęcie użytkownika Cosmetic kick.

Myślę sobie o poście o urodowych tekstach i  złośliwych docinkach pseudokoleżanek :) Miałyście takie przygody? Uszczypliwe rady, mimochodem rzucone teksty na temat naszego wyglądu - niby w dobrej wierze ;). Wszystko z niewinnym uśmieszkiem. Opowiadajcie! Ja chyba zbiorę moje jadowite perełki i umieszczę w jednym poście na pohybel toksycznym znajomościom. 

sobota, 28 stycznia 2017

EVELINE barwiący olejek do ust. Pierdylion w jednym....


Po ostatniej recenzji olejku do ust  marki Bell (KLIK) dałam się Wam namówić na konkurencyjną propozycję - olejek do ust Eveline. Padło na barwiący olejek do ust ALL DAY LIP CARE OIL TINT w kolorze Sweet Pink. Do tego jest to produkt 8 w 1. Ja nie wiem, co marka Eveline me z tymi ilościami w 1, na rekord idą? 8 w 1, 5 w 1, 3 w 1 nawet 9 w 1! Zawsze mam do takich produktów ograniczone zaufanie. Nie ma możliwości aby w tak niskiej cenie upchnąć w produkcie tyle cudownego działania. Nie i koniec!


Błyszczyk (olejek) kupujemy w tekturowym, złotym pudełeczku kuszącym pełnymi, lśniącymi ustami na froncie. Do wyboru miałam  3 kolory: różowy pomarańczowy i taki wpadający w fiolet.
Na opakowaniu mamy nieskończona ilość informacji o produkcie.


All Day Lip Care Oil Tint Eveline Cosmetics, to rewolucyjne połączenie głęboko nawilżającego olejku do ust z pigmentami nadającymi kolor. Wyjątkowa moc naturalnych olejków roślinnych (kokosowego, arganowego, Inca Inchi, z awokado, marula i z oliwek) odżywia, regeneruje i pielęgnuje. Kolagen, zawarty w formule kosmetyku, powiększa usta i poprawia ich kontur. Witaminy A, E i F odmładzają usta, spłycają zmarszczki i zapobiegają powstawaniu nowych. Kolor, zamknięty w olejku, uaktywnia się w kontakcie z ustami i wchodzi w interakcję z ich naturalnym kolorem, dając spektakularny efekt. Naturalne filtry chronią skórę ust przed niską temperaturą, słońcem i wiatrem. Polecany do suchych i spierzchniętych ust. W efekcie usta pozostają głęboko nawilżone, zadbane, zmysłowe i kuszące. Produkt testowany dermatologicznie.

8 w 1: długotrwale barwi usta, nawilża, powiesza, wygładza, ujędrnia, niweluje zmarszczki, poprawia kontur, chroni przed słońcem wiatrem i mrozem.


Olejek znajduje się w plastikowej buteleczce w kolorze różowym. Niestety nie jest przejrzysty więc nie wiem ile jest go w środku. Ma niesamowity zapach - coś w stylu arbuza, bardzo apetyczny!
Przez pierwsze 2 dni podczas aplikacji wydawało mi się że jest za mało tłusty i jakby zbyt miało nabierało się na aplikator. Zaczęłam nawet podejrzewać, że kupiłam trefny egzemplarz, który ktoś używał, lub otwierał i produkt wysechł. Po tych 2 dniach pełnych prób i aplikacji nagle konsystencja się zmieniła i na ustach miałam wyczuwalny olejek w odpowiedniej ilości. Za Chiny Ludowe nie nie wiem co to było i dlaczego się tak stało.


Olejek nakładamy bardzo precyzyjnie, dzięki niewielkiemu, dość twardemu aplikatorowi. Poczałkowo usta są tylko natłuszczone, kolor pojawia się po chwili. Jeśli nałożymy więcej, kolor się pognębia. Muszę przyznać, że z efektu kolorystycznego jestem bardzo zadowolona. Nie jest bardzo intensywny (jak zwykle zdjęcie na opakowaniu jest mocno przesadzone). Efekt utrzymuje się średnio długo. Dokładniej - po aplikacji przed wyjściem, po około godzinie wróciłam do domu niemal bez śladu błyszczyka na ustach. Być może miała na to wpływ niska temperatura, mam wrażenie że w warunkach domowych efekt utrzymuje się dłużej.


No to teraz przeanalizujmy te 8 obietnic w 1 buteleczce. Długotrwałe barwienie ust - powiedzmy normalne barwienie, intensywniejsze na początku, z czasem blaknie. Nawilża - raczej natłuszcza, wrażenie to jest odczuwalne tylko do czasu gdy produkt jest na ustach, po wchłonięciu czy wytarciu zero efektu nawilżenia. Powiększa - no sorry ale bzdura.  Wygładza - kolejna bzdura. Jak widać na poniższych zdjęciach, nic mi się nie wygładziło. Ujędrnia - nic takiego nie zauważyłam. Niweluje zmarszczki - to chyba to samo co wygładza? Czyli kolejny raz NIE. Poprawia kontur - WTF? Chroni przed słońcem/wiatrem - być może, załóżmy, że tak :). Przed mrozem? Może na samym początku, po nałożeniu,  bo po godzinie to już raczej nie.



Resumując - jeśli macie gładkie, jędrne, zadbane usta bez skazy - to jest fajny kosmetyk lekko koloryzująca, ot tak na co dzień. Smacznie pachnie, ładnie wygląda. Jeśli jednak cokolwiek waszym ustom dolega - lepiej postawcie na bardziej pielęgnujące produkty. Jak widać na zdjęciach oprócz lekkiego koloru i błysku, nic ciekawego się nie dzieje. Ani w minutę, ani w godzinę ani w 5 dni. Możecie też zauważyć, że mocniej barwi suche skórki na ustach.  Z czasem zaczyna się też nieco lepić. Szczerze mówiąc po wchłonięciu się kosmetyku miałam wrażenie że moje usta są bardziej wysuszone niż przed aplikacją :( .


Cena - 16,50 zł za sztukę, przy tak niewielkich wynikach też uważam za zawyżoną. Obecnie stosuję go na wyjścia, zamiast szminki. Tak, tak - powoli przymierzam się do malowania ust. Lepiej późno niż wcale ;). Wiem, że ten produkt ma wiele zwolenniczek, ale może wynika to z ich młodego wieku ? Myślę, że na 20 letnich ustach może on zachowywać nieco lepiej. Ale jakie zmarszczki ma wtedy wygładzać i co ujędrniać? Sama nie wiem. W każdym razie twarzom bardziej dojrzałym - nie polecam. Myślę, że kolejny olejek będzie już z wyższej półki - ostrze sobie zęby na Clarins  - warto?

Mój Franek pochorował się tuż przed szkolnym balem.
Tak więc tym razem ja zabawiłam się w makijażystkę i kostiumografa :) 
Proszę Państwa oto Pan Kot :)

Zdjęcie użytkownika Marta Kopacz.

Jeśli chcecie zobaczyć więcej zdjęć z naszego życia - nie tylko kosmetycznych, zapraszam na mój profil na Instagramie i Facebooku zawsze chętnie rewanżuję się polubieniami i obserwacjami ;)


piątek, 20 stycznia 2017

Zmasowany atak witaminą C - druga część opowieści o wojnie z szarą skórą i przebarwieniami.

Nadeszła kolej na dwa kolejne kosmetyki z zestawu uderzeniowego o którym pisałam ostatnio. Na pierwszy ogień idzie firma MINCER PHARMA i jej nawilżająca mikrodermabrazja, oczywiście z witaminą C.


Kilka słów o tym, czego powinniśmy spodziewać się po tym kosmetyku:

AC INFUSION
– nawilżająca mikrodermabrazja – zastrzyk energii dla skóry. 
Oczyszcza i tonizuje, stymuluje odnowę naskórka; przywraca piękną skórę. Przeznaczona do wszystkich typów cery. Na dzień i noc.

Składniki aktywne: ekstrakt Camu-Camu, olej z rokitnika, micro-kryształki złuszczające.
Rezultat:
delikatnie złuszczona, odświeżona, dotleniona, wygładzona, promienna skóra. Koloryt ujednolicony.

Skład INCI: Aqua/Water, Aluminium Oxide, Caprylic/Capric Triglyceride, Vitis Vinifera (Grape) Seed Oil, Glycerin, Sodium Polyacrylate, Urea, Phenoxyethanol, Caprylyl Glycol, Propanediol, Myrciaria Dubia Fruit Extract, Hippophae Rhamnoides Oil, Helianthus Annuus Seed Oil, Rosmarinus Officinalis Leaf Extract, Tocopherol (mixed), Beta-Sitosterol, Squalene, Ascorbyl Palmitate, Lecithin, Propylene Glycol, Hydrogenated Vegetable Glycerides Citrate, Panthenol, Sodium Hyaluronate, Lactic Acid, Disodium EDTA, Citrus Limon Peel Oil, Citral, Limonene, Linalool, Parfum, Benzyl Salicylate.

Z zabiegu korzystamy 2-3 razy w tygodniu.


Kosmetyk kupujemy w tekturowym pudełku kryjącym sporą tubę z tworzywa z zamknięciem "na klik". Tuba jest miękka, co mnie cieszy, bo pozwala wykorzystać peeling do samego końca bez konieczności szarpania się z plastikiem :) Kolor produktu wpada nieco w żółty a zapach jest kosmetyczny, świeży i prawie niewyczuwalny.


Peeling łatwo się rozprowadza, ma konsystencję kremu nawilżającego z zatopionymi milionami drobniutkich, ledwo wyczuwalnych ostrych kryształków. W pierwszej chwili nie byłam zadowolona - wydawało mi się, że drobinki są zbyt delikatne (lubię zdecydowane "zdzieracze"). Jednak im dłużej masowałam twarz, tym bardziej je wyczuwałam. Były delikatne, ale zdecydowane jednocześnie. Niczym mężczyzna idealny ;). Drobinki nie darły bezmyślnie skóry ale faktycznie "szlifowały " ją jak podczas zabiegu mikrodermabrazji.


 Skóra po zabiegu jest gładka, jasna i świeża. Zdecydowanie jest to jeden z najlepszych peelingów do twarzy jaki miałam. Oczywiście nie wybielił moich przebarwień, ale zauważalnie odświeżył i rozjaśnił naskórek. Myślę, że z przyjemnością na jakiś czas przy nim zostanę - dodaje skórze energii niczym dobra kawa.



Naszą domową mikrodermabrazję kupujemy w całkiem rozsądnej jak na kosmetyki tej marki cenie  - 29,99 za pojemność 75 ml. (warto polować, bo można trafić na niezłe promocje w Rossmannie). Mam w planie zakup kolejnych produktów z tej serii, bo zapowiadają się bardzo obiecująco. Najbardziej jestem ciekawa serum, ale czekam na kolejną promocję w Rossmannie. Jestem oszczędna i cierpliwa ;)


grafika pochodzi ze strony Rossmanna

Ostatni kosmetyk z zestawu to serum-koncentrat SKIN ACTION BOOSTER z bioaktywną 12% witaminą C marki EVELINE Cosmetics. Kosmetyk kupujemy w tekturowym pudełku kryjącym szklaną, ciemną buteleczkę z zakrętką zakończoną pipetką. Nie lubię tego rozwiązania - zazwyczaj pod koniec i tak trzeba trząść otwartą butelką aby wydobyć to co na dnie. Szczególnie jeśli kosmetyk jest oleisty. Poza tym pipetka często się zapowietrza, nabiera za mało itd. No wkurza mnie i tyle. W przypadku ACTION BOOSTER nie jest tak źle, bo jest to dość rzadki, wodnisty płyn. Niby trochę "tłusty" ale jednak nie jest to olejek. Kolor ma żółtawy, mętny a zapach ledwo wyczuwalny - z nutką cytrynową.


Zapomniałabym oddać głos producentowi!

Laboratoria Eveline Cosmetics opracowały skuteczny Aktywator Młodości Komórkowej – unikalne połączenie bioaktywnej, silnie skoncentrowanej witaminy C 12% z ultra nawilżającym kwasem hialuronowym. 

Rezultat: Natychmiastowo i skutecznie zmniejsza oznaki zmęczenia i zwalcza wszystkie objawy starzenia się skóry – wypełnia linie mimiczne i zmarszczki, rozjaśnia przebarwienia i plamy pigmentacyjne oraz przywraca skórze młodzieńczą jędrność, elastyczność i blask. Tworzy na powierzchni naskórka napinającą hydrosiateczkę chroniącą przed przesuszeniem i zapobiegającą powstawaniu zmarszczek.

SkładAqua (Water), Propylene Glycol,Rosa Canina Fruit Extract, Glycerin, PEG-40 Hydrogenated Castor Oil,Cyclohexasiloxane, Cyclopentasiloxane, Ascorbyl Tetraisopalmitate,Citrus Aurantifolia Fruit Extract, Chelidonium Majus Extract, Cucumis Sativus Fruit Extract, Hippophae Rhamnoides Fruit Extract, Hyaluronic Acid, Sodium Hyaluronate, Parfum (Fragrance), Alpha-Isomethyl Ionone,Benzyl Benzoate, Benzyl Salicylate, Butylphenyl Methylpropional (Lilial), Citronellol, Geraniol, Hydroxycitronellal, Hexyl Cinnamal,Hydroxyisohexyl 3-Cyclohexene Carboxaldehyde (Lyral), Linalool, DMDM Hydantoin, Xanthan Gum, Disodium EDTA, Phenoxyethanol, Methylparaben, Butylparaben, Ethylparaben, Propylparaben.


Serum można wmasować bezpośrednio w skórę twarzy i dekoltu, lub dodać kilka kropel do ulubionego kremu. Ja wolałam aplikację bezpośrednią. Serum ładnie się rozprowadza, wchłania pozostawiając lekki, nieuciążliwy film. Pod makijaż się nie sprawdziło, ale na noc - konsystencja i wchłanianie, akurat. Zaraz po aplikacji skóra jest jakby bardziej elastyczna i nawilżona. Po dłuższej chwili na mojej skórze to wrażenie zanika i pojawia się potrzeba nałożenia kremu nawilżającego. Wydajność również jest na średnim poziomie. Niestety nie polubiliśmy się ze SKIN ACTION BOOSTER za bardzo. Za mało, za krótko, o efekcie WOW nie wspominając. Nie nawilża znacząco, nie daje wrażenia nawodnienia i rozjaśnienia. Plam oczywiście nie ruszył. Cena w okolicach 29 zł za 18 ml również mnie nie przekonuje. Więcej go nie kupię

Boring girl dokonywania gest ujemne Darmowe Zdjęcia

W ogóle tak obserwuję, że marka EVELINE chyba nieco osiadła na laurach jeśli chodzi o kosmetyki pielęgnacyjne. Początkowo wiele ich produktów zachwycało a teraz co raz częściej pojawiają się skuchy. A może zwyczajnie jestem na nie za stara i mam większe wymagania? Ale cienie do powiek (szczególnie biały) i tusze do rzęs nadal są dla mnie numer jeden!

Pamiętacie słynne już makijaże sylwestrowe z Pytania na śniadanie? 
Mój 6 letni syn nieco się zainspirował...

Zdjęcie użytkownika Aaaby nie zwariować.